fbpx

Pierwszy odcinek podcastu Zen Gór, omawiający główne założenia i ideę projektu, a także odnoszący się do aktualnego powracania do „normalności”.

Co ma zen do gór i dlaczego nie chcę powrotu do tak zwanej „normalności”?

Te trzy z pozoru różne zagadnienia mają dla mnie wspólny mianownik, który chciałbym omówić.

 

Zacznijmy od przyjrzenia się tej, tak często przywoływanej normalności. Od ponad roku mamy sytuację, jaką mamy. I bez względu na to, jakie kto ma poglądy na temat pandemii, a obserwuję, że pojawia się cała paleta tych poglądów. Od skrajności do skrajności. Natomiast rzeczą, co do której wydaje mi się, że zgodzimy się wszyscy, to fakt, że obecna sytuacja miała, ma i będzie miała ogromny wpływ na świat i naszą rzeczywistość. To nie jest coś czego dałoby się nie zauważyć. To raczej coś, co pojawi się w podręcznikach historii jako osobny rozdział.

I do tej nagłej, niespodziewanej i brutalnej zmiany rzeczywistości ludzie podeszli na różne sposoby, aby jakoś sobie poradzić. Z tego, co obserwuję, najpopularniejszą tęsknotą jest ta, aby, wrócić do tego, jak było jeszcze na początku 2020 roku. Czyli aby magicznie cofnąć czas, zapomnieć, wymazać i wrócić do swoich starych przyzwyczajeń, schematów i stylu życia. To oczywiście zrozumiała reakcja, ponieważ nasza głowa niczego tak bardzo nie uwielbia, jak tego co już zna i w czym jest jej wygodnie. Czasem może nawet nie być wygodnie. Najważniejsze jednak, że to zna i że w tej niewygodzie też jest już wygodnie, ponieważ nie trzeba dokonywać wysiłku, by uczyć się nowego. Lubimy tkwić w znanym, by nie wychodzić ze swojej strefy komfortu. Tak. To tak proste. Nasz mózg od tysięcy lat ewoluujący w stronę tego, by zapewnić nam przetrwanie i bezpieczeństwo, nie jest skory do podejmowania zbędnego ryzyka, które w dużym skrócie kojarzy mu się z czyhającym tygrysem w krzakach.

Wróćmy do kwestii tęsknoty za normalnością. I tutaj rozróżniłbym znacząco dwa znaczenia normalności, które przez niezbyt fortunną kwestię semantyczną w polskim języku zlewają się w jedno rozumienie. Otóż to, co normalne może oznaczać to, co zgodne ze zwyczajem, czy też normą, albo może oznaczać to, co zdrowe i właściwe. Jestem bowiem przekonany, że z tego co było w erze przed pandemią normą, czy też zwyczajem, znajdziemy ogrom zjawisk, które nie wypełniają drugiej definicji, czyli bycia zdrowym i właściwym.

Biorąc pierwszy przykład z brzegu, czy bezrefleksyjna, napędzająca się, nadmierna konsumpcja dóbr, ten powszechny szał zakupów – czy to coś do czego naprawdę warto tak szybciutko wrócić? Przyzwyczailiśmy się, jako ludzie zachodniej, wysokorozwiniętej cywilizacji, że różne rzeczy są dla nas oczywiste i że się należą. Ulubiona kawa, możliwość wyskoczenia na weekend na drugi koniec Europy, otwarte centra handlowe.…Myślę że nikt z nas nie jest zupełnie wolny od takich mechanizmów, ponieważ wygraliśmy na loterii jako jedni z kilku % populacji możliwość życia w warunkach bezpiecznych, stabilnych i komfortowych, pozbawionych esencjonalnych problemów natury życia lub śmierci. Zastraszająco wiele uwagi poświęcamy „problemom pierwszego świata”, czyli w skrócie tym, że wifi jest za wolne, a kabel do ładowarki zbyt krótki.

Pomyślisz może, że marudzę, że to nieuprawniona krytyka. Być może masz rację, że jest w tym zaszyte sporo frustracji. Ale czy na pewno jest ona nieuprawniona? Kolejne hektary prastarej dżungli padają po to, żebyśmy mogli zjeść avocado. Gleby, morza i oceany są drenowane z życia i zatruwane po to, żeby wspomniany T-shirt w sieciówce mógł kosztować 19,90 i byśmy mogli na każde zawołanie mieć na talerzu wszelkie frykasy. Przy czym, na przykład ponad 50% społeczeństwa europejskiego cierpi już na nadwagę lub otyłość.

 

Czy to jest właśnie taka normalność, dla jakiej zeszliśmy z drzew? Czy to jest dokładnie taki schemat, do którego warto wskoczyć bez refleksji…?

 

W tym co powiedziałem jest oczywiście sporo skrótów myślowych i punkt skupienia przypada na wypaczenia w tę negatywną stronę. Jest też wiele jak najbardziej pozytywnych zjawisk, jak postęp technologii pozwalający na bardziej zrównoważone i odpowiedzialne podejście do kwestii produkcji, przemysłu i tak dalej. Jest mnóstwo wartościowych inicjatyw tworzonych przez ludzi. Świat i czasy, w których przyszło nam żyć, są świetne. ALE. Wymagające refleksji, bo w wielu miejscach bardzo daleko odbiegają od normalności – tej rozumianej jako zdrowa i właściwa droga.

 

O, właśnie – tutaj składam postulat, żeby zamiast powrotu do normalności, domagać się powrotu do autentyczności.

 

Autentyczność to prawdziwość, naturalność. A tego, w moim przekonaniu, ogromnie nam brakuje w wielu aspektach osobistego, społecznego i ekonomicznego życia, nie wspominając o politycznym.

Kończąc tę niezbyt optymistyczną weryfikację rzeczywistości i normalności, chcę Cię uspokoić, pocieszyć i zapewnić, że… nic straconego! Jeśli udało Ci się dotrzeć do tego momentu, to teraz możemy przejść do części, którą osobiście widzę jako remedium na wiele z wcześniej opisanych zjawisk.

 

Czym zatem jest dla mnie zen? Czym są góry? I co ma jedno wspólnego z drugim? A całość z normalnością i nienormalnością?

Zen to dla mnie symbol.

 

Mieszczę w nim znacznie więcej, niż po prostu odłam buddyzmu. Sam z resztą buddystą nie jestem, istnieje również bowiem świecki zen, a i tutaj nie chodzi mi wyłącznie o formalną praktykę jak np. siedzące medytacje.

Pojęcie zen uosabia dla mnie zatrzymanie – wyjście z trybu autopilota, w bardzo często przebywamy. To właśnie ten rodzaj autohipnozy powoduje, że bez świadomości jedziemy na pamięć z domu do pracy, mimo że chcieliśmy jechać zupełnie gdzie indziej. Mechanizm powodujący, że nasza głowa bardzo rzadko jest w Tu i Teraz. Zamiast mieć kontakt z otaczającą nas bezpośrednio rzeczywistością, oraz tym, jakie odczucia i emocje dzieją się w związku z nią w nas, jesteśmy pochłonięci myślami i emocjami pochodzącymi z przeszłości, albo z przyszłości.

Umysł ma w swoim labiryncie nieskończenie wiele zakamarków i uliczek, by umknąć od bycia przytomnym, obecnym i uważnym. Jego rolą, talentem i pasją jest zresztą myślenie, analizowanie i snucie tych wszystkich wątków. Problem leży w tym, że my tak mocno utożsamiamy się z naszym umysłem, sądząc że właściwie tylko nim jesteśmy, że ten przejmuje nad nami kontrolę, uwodzi i nagle to młotek zaczyna kierować budowniczym, zamiast na odwrót.

 

I o tym właśnie jest ten szeroko pojęty zen w moim rozumieniu – o wyjściu z tego diabelskiego młyna, stanięciu obok i zaobserwowaniu.

Zen jest o obserwowaniu.

W obserwowaniu nie ma zbyt wiele działania.
Nie jest o walce z myślami.
Jest o obserwowaniu.
Siebie, świata, ludzi.
O patrzeniu i widzeniu w przeciwieństwie do patrzenia, a nie dostrzegania.

 

Największym mitem dotyczącym medytacji jest chyba ten, że polega ona na niemyśleniu. Otóż nie. Musielibyśmy być niemal martwi. Przełączyć mózg na niemyślenie potrafi może garstka osób na świecie, które spędziły życie właśnie na medytacji w górskiej pustelni, w pozycji lotosu. W przypadku medytacji nie chodzi więc o wyłączenie myśli, a o ich obserwowanie i nie wdawanie się w historie, które niosą, co jest naturalną skłonnością umysłu.

Postaraj się wykonać proste ćwiczenie – weź kartkę, długopis i przez pięć minut notuj wszystkie myśli jakie Ci przychodzą do głowy. Zapewne zastanawiasz się co napisać? Że to głupie! Twoje myśli skaczą od jednego wątku do drugiego, oddalając się od celu ! Lista zakupów, pogoda, gdzie pojechać na weekend. Brzmi znajomo? I o tym właśnie jest zen. O nie skakaniu po chmurach myśli, tylko wygodnym leżeniu, siedzeniu, staniu, lub chodzeniu i obserwowaniu jak te chmury wpływają na nasze niebo i za chwilę wypływają, by mogły pojawić się inne. Ta pozycja obserwatora jest niezwykle cenna, ponieważ daje nam przestrzeń na reakcję i w związku z tym wolność wyboru. Czy to jest właśnie ta myśl, powodująca tę emocją, za którą chcę podążyć?

Na początku wymaga to poświęcenia całej uwagi, by się udało. Z czasem jednak, staje się naszą nieświadomą kompetencją i działa przy co raz większym kalibrze sytuacji.

 

Co może pomóc nam być bardziej zen?

 

Wszelkie techniki i metody zorientowane na wgląd, obserwację, zatrzymanie, na odnowienie kontaktu z ciałem i bodźcami, które z niego płyną. To mogą być najróżniejsze formy medytacji, ćwiczeń, joga, mindfulnes, zen coaching i setki innych, a między nim również… Góry.

 

Góry nie jako kupa kamieni.

Góry, jako symbol natury, przyrody, outdooru i naszego z nimi połączenia.

 

Powrotu do korzeni na wielu płaszczyznach. Pierwszą z takich płaszczyzn jest wyrwanie się ze swojego typowego środowiska, czyli wyjście ze swojej strefy komfortu. Przełamujemy naszą rutynę. Autopilot musi zostać wyłączony, ponieważ nagle czujemy nielekki plecak na ramionach i idziemy po nierównej ścieżce, na której musimy patrzeć pod nogi. Wreszcie uświadamiamy sobie, że jednak jesteśmy częścią tej natury która nas otacza. Nagle znów naszym największym wyzwaniem jest zapewnienie sobie picia, pożywienia, ciepła i bezpieczeństwa. Całe nasze jestestwo czuje się wreszcie jak w domu, jak przez te wszystkie tysiące lat, wreszcie rozumie zasady gry.

Kiedy już mamy możliwość skontaktowania się ze swoją prawdziwą, ludzką naturą, do głosu ma okazję dojść także ciało, które nagle się męczy, poci, coś zaczyna boleć, oddech domaga się uwagi. Ciało w górach daje bardzo wyraźne sygnały, których często w naszej miejskiej codzienności już nie odnotowujemy. Pić, jeść, zimno, ciepło, stój, usiądź – PRZEŻYJ. Dopiero nauka zachowania tej dynamicznej równowagi w ciele podczas górskiej wędrówki pozwala w pełni zacząć cieszyć się doświadczaniem gór, ludzi, otoczenia, zwierząt i widoków. To zatem ogromna lekcja zarządzania samym sobą i by ją odrobić, potrzebujemy zacząć się obserwować – widzisz już pierwszy wspólny mianownik z ZEN?